— Jest twoim przyjacielem. Powinien się jakoś nazywać — odparła Mila, patrząc na dziewczynkę z coraz mniej ukrywanym żalem. Ciężko było jej patrzeć na dziecko, które tak bardzo było okrojone z doświadczenia świata i z niewinności. Ponownie przypominała sobie swoje dzieciństwo i chociaż wiele żali wylewała do Przymierza, to miała w miarę normalne te pierwsze lata, zabrała ze sobą ciepłe wspomnienia i normalne wzorce. Tutaj nawet nie była pewna, czy to nie było dziecko z probówki, czy innego eksperymentu, patrząc po zdobytych informacjach.
Na statku usadowiła Rue w mesie, po czym spróbowała wstać i odejść kawałek. Widząc, jak dziewczynka trzyma się jej kurczowo, zrezygnowała ze świerzbiącej potrzeby zapalenia, osuwając się niżej na kanapie. Hełm odstawiła obok siebie, przesunęła nieco prowadnice, by broń nie przeszkadzała jej w opieraniu się. Czekała w milczeniu, czując coraz większy nacisk na ramiona i duszność w klatce piersiowej. Smuga na hełmie, która była prawdopodobnie jej własną zaschniętą krwią, na jedno mrugnięcie oka stała się czymś więcej, a zakrzep zamienił się w kawałek mózgu, który wylądował jakiś czas temu w podobnym miejscu. Wciągnęła głośniej powietrze, prostując się, ale smuga była tylko tym, małym brudem od jej palców. Kątem oka spojrzała na Rue, trochę ciemniejąc w oczach. Dopiero jej pytanie wyrwało ją z niebezpiecznej zadumy.
— [color=#804000)Striker… został posprzątać. Dołączy do nas nieco później, nie musisz się o niego martwić. Ze wszystkich poznanych osób on sobie poradzi najlepiej[/color] — odpowiedziała, uśmiechając się do dziewczynki, chociaż przychodziło jej to coraz ciężej. I nawet nie miała zbyt wielu myśli w głowie, które by ją przytłaczały. Po prostu po zejściu z niej adrenaliny, w spokojnym otoczeniu, nachodziły ją demony, przypominające bardziej niż zwykle o jej traumach, ale też o tym, kim była Lyssa. Kłamliwym padalcem, który za każdym razem wykorzystywał ją i mamił. Słyszała historie o tym, że wcale dużo lepiej na Nyx się nie stało po przejęciu przez nią władzy, a skoro już raz okazała się być gorszym wyborem, to teraz tym bardziej istniało ryzyko, że odwali coś znacznie paskudniejszego.
Na pytanie Zoe drgnęła, wyraźnie w gorszym humorze. Przez chwilę zastanawiała się, co zrobić, nawet przemknęła jej przez myśl pewna głupia idea, zanim wymazała ją z pamięci, przypominając sobie o tym, że nie nadaje się na kogoś... takiego. Rodziny były pisane jej braciom, nie jej. Za dużo bagażu i za dużo paskudnych myśli aktualnie latających po jej głowie, by w ogóle zastanawiać się nad czymś takim. Jedyne, co mogła, to dopilnować, by odpowiednie osoby dostały to, na co zasłużyły. A już szczególnie Lyssa, która chyba specjalnie już ją oszukiwała.
— Wyjęcie implantu to priorytet, w końcu to na nim wszystkim zależy. Ale mam jedną... prośbę. Chcę być przy zabiegu i po nim. — Spojrzała na Rue, na sekundę topniejąc, zanim w jej oczach ponownie zalęgła się zimna determinacja i zalążki pewnego planu. — A potem... porozmawiam sobie z Lyssą. Raz a porządnie.


